Start - Politechnika na szczycie
Politechnika na szczycie
Krzysztof Długołęcki oraz Krzysztof Orawski, strażnicy akademiccy Politechniki Śląskiej zdobyli już cztery z dziewięciu szczytów wchodzących w skład Korony Ziemi – prestiżowego zestawienia najwyższych wzniesień na każdym kontynencie. Ostatnim ich osiągnięciem jest zdobycie Kilimandżaro (5895 m n.p.m.) – najwyższego szczytu Afryki, na który weszli, niosąc ze sobą flagę naszej Uczelni.
Pasja do wspinaczki górskiej połączyła ich na Politechnice Śląskiej, gdzie obaj pracują od ponad piętnastu lat. Jak przyznają, już w szkole średniej pokochali góry.
– Zacząłem wtedy chodzić po szlakach Beskidu. Z czasem przerzuciłem się na wspinaczkę. Każdy zdobyty szczyt podnosił moje ambicje. Wspólnie z Krzyśkiem przeszliśmy kurs wspinaczkowy, jeździliśmy w Tatry, pokonując wszystkie trudne szlaki i tam wspinać się, m.in. na Mnicha (2068 m n.p.m.). Mimo to, wciąż było mi mało – wspomina Krzysztof Długołęcki, który stara się realizować swoje motto życiowe: „follow your dreams”.
– W moim przypadku było podobnie. Również zaczynałem w szkoły średniej od naszych Beskidów, ale około czterdziestki poczułem, że potrzebuję nowych wyzwań. I tak narodził się pomysł wspólnego wejścia na Elbrus (5642 m n.p.m.), jeden z najwyższych szczytów Europy, obok Mont Blanc (4810 m n.p.m.), zaliczanych do Korony Ziemi (wg portalu Wikipedia – przyp. red.) – opowiada Krzysztof Orawski.
Wspólne pasje nie ograniczają się tylko do zdobywania najwyższych szczytów. Strażnicy akademiccy przeszli także via ferratę (szlak turystyczny wyposażony dla celów autoasekuracji w linę stalową) w Cortina d’Amprezzo we Włoszech, gdzie kręcono film „Na krawędzi” z Sylvestrem Stallone.
Po Elbrusie zdobyli wspólnie także kolejno: najwyższy szczyt Alp – Mont Blanc, najwyższy szczyt lądowej części Australii – Górę Kościuszki (2228 m n.p.m.) i ostatnio Kilimandżaro. Każda wyprawa to nowe doświadczenia i niezapomniane przygody.
– Szczególnie przy Elbrusie towarzyszyły nam ogromne emocje. Pierwszy raz wchodziliśmy na pięciotysięcznik, dlatego same przygotowania były naprawdę wymagające. Trening, kwestie organizacyjne, zakup sprzętu. To także zupełnie inny kraj – inna kultura, inne zasady, mieszkańcy nie posługiwali się językiem angielskim. Musieliśmy wcześniej o wszystkim poczytać, przygotować się, mieć odpowiedni plan – mówi Krzysztof Orawski. – Ale zdecydowanie było warto. Ogromne przeżycie, wspaniałe widoki i to nieporównywalne z niczym poczucie wolności, które odczuwam tylko w górach. Dlatego tak ciągnie mnie do kolejnych przygód – dodaje.
– Wspinaczka to są zawsze wielkie emocje oraz walka ze swoimi słabościami. Przy wysokości powyżej 5000 m n.p.m. może pojawić się choroba wysokościowa – i albo organizm zdoła się wtedy zaaklimatyzować, albo trzeba będzie zawrócić, nie zdobywając szczytu. Dlatego ważny jest dobry plan i solidne przygotowanie, czyli kilkutygodniowy trening przed wyprawą. Poza tym należy wykazać się sporą pokorą, ale i cierpliwością – ważne jest spędzenie odpowiedniego czasu w obozie na wymaganej wysokości, aby przyzwyczaić organizm do panujących tam warunków. Czasami lepiej pozostać w obozie na dwie, trzy noce, a dopiero potem kontynuować wspinaczkę. Pośpiech zdecydowanie nie jest wskazany – tłumaczy Krzysztof Długołęcki.
Obaj przypominają, że w górach jest niebezpiecznie i zawsze trzeba być ostrożnym. Wielokrotnie mijali na trasie wspinaczki ludzi, którym nie powiódł się atak na szczyt. Na Elbrus wchodzili tuż po tragedii, gdy śmierć poniosła tam trójka polskich alpinistów.
– Na tej górze sam o mały włos nie spadłem do szczeliny. Poślizgnąłem się przy zejściu i zacząłem się zsuwać, nabierając prędkości. Gdyby nie refleks, który pozwolił mi wbić czekan oraz raki, nie udałoby mi się wyhamować. Potrzebowałem później trochę czasu, by dojść do siebie i trzeba było iść dalej – wspomina Krzysztof Długołęcki.
Najświeższą „zdobyczą” wspinaczy jest Kilimandżaro – Dach Afryki wznoszący się w Tanzanii, blisko równika. To masyw trzech wulkanów, w którym mimo specyficznych warunków klimatycznych, śnieg i lód utrzymują się na szczycie. Wspinaczka zajęła im dziesięć dni. Po drodze mieli okazję podziwiać m.in. prawie 100-metrowy wodospad Materuni.
– Wyprawa na Kilimandżaro była zorganizowana przez agencję – to jedyny sposób w przypadku tego szczytu. Wchodziliśmy w grupie kilkunastu osób, każdy miał swojego tragarza. Spaliśmy w czterech obozach na różnych wysokościach. Choć zdecydowanie wolimy wspinać się indywidualnie, w tym przypadku nie było takiej możliwości. Inna sprawa, że było łatwiej dzielić się ciężarem bagażu z tragarzem, bo gdy wchodzimy sami, to niesiemy czasami ponad trzydzieści kilogramów – opowiadają entuzjaści wspinaczki.
Bagaż to oczywiście ubrania, namiot czy choćby płachta do okrycia przed ewentualną zamiecią śnieżną. W drogę zabierają ze sobą także żywność liofilizowaną, batony energetyczne, kabanosy oraz wodę z elektrolitami. W przypadku Kilimandżaro w bagażu znalazła się także flaga Politechniki Śląskiej, z którą zrobili sobie pamiątkowe zdjęcie na szczycie.
– To bardzo miły, ale i ważny dla nas akcent – tu w końcu się poznaliśmy i możemy teraz spełniać swoje marzenia. Zwiedziliśmy razem kawał świata. Nigdy nie pomyślałbym, że uda mi się polecieć do Australii na legendarną Górę Kościuszki – mówi Krzysztof Długołęcki.
Na tym jednak nie koniec. Obaj już mają kolejne cele w swoich planach.
– W przyszłym roku na moje pięćdziesiąte urodziny chciałbym ponownie spróbować zdobyć piąty szczyt Korony Ziemi, czyli najwyższą górę Ameryki Południowej – Aconcaguę (6960,8 m n.p.m.). To jedyny szczyt, który zdobywałem akurat bez Krzysia. Niestety, na wysokości ok. 6000 m n.p.m. doznałem obrzęku mózgu i próba się nie powiodła. Trzeba było zawrócić tuż przed atakiem na szczyt – wspomina Krzysztof Orawski.
– Ja z kolei chciałbym kiedyś pojechać na Antarktydę i spróbować zdobyć Masyw Vinsona (4892 m n.p.m.). To byłaby w zasadzie eksploracyjna wyprawa, bo trudno wśród znajomych znaleźć kogoś, kto tam był i mógłby się podzielić swoimi doświadczeniami – mówi Krzysztof Długołęcki.
Trzymamy zatem kciuki za kolejne spełnione marzenia. A co sprawia, że tak chętnie podejmują się niebezpiecznych górskich wyzwań?
– Wszystko dzieje się tam jakby w trybie slow motion. Najbardziej fascynuje to, że człowiek przekracza własne możliwości, walczy z samym sobą, aby dopiąć celu. Umysł motywuje do kolejnych kroków, a ciało zdaje się mówić zupełnie co innego. Pokonanie dziesięciu metrów może zająć nawet 20 minut. Każdy krok musi być przemyślany, a na dużej wysokości jest bardzo trudny. Na pewno najtrudniej było zdobyć pierwszy pięciotysięcznik. Przy kolejnych wyprawach organizm jakby „pamiętał” już tę wysokość, potrafił się szybciej zaaklimatyzować, ale to i tak ogromne wyzwanie. To wszystko jest jednak warte tej niesamowitej satysfakcji na końcu – kończą obaj pasjonaci.
tekst: Martin Huć
zdjęcia: archiwum prywatne
Tekst pochodzi z Biuletynu 7/8 (379) 2025