Farorz z Górniczego

Share on facebook
Facebook
Share on linkedin
LinkedIn
Hubert Kostka to legenda reprezentacji Polski i Górnika Zabrze, a także absolwent Politechniki Śląskiej

Zdobył złoty medal olimpijski z reprezentacją Polski w piłce nożnej. Z Górnikiem Zabrze ośmiokrotnie został mistrzem Polski. Z nim również, jako jedynym do tej pory klubem w Polsce, zagrał w finale europejskich pucharów z Manchesterem City. Wychwalała go angielska prasa, a kibice na Old Trafford w Manchesterze żegnali brawami. Był asystentem legendarnego Kazimierza Górskiego. Odnosił liczne sukcesy także jako trener. Ponadto 61 lat temu, już w trakcie kariery piłkarskiej, uzyskał tytuł magistra inżyniera górnika na Politechnice Śląskiej. Zapraszamy do przeczytania rozmowy z Hubertem Kostką, legendą polskiej piłki nożnej.

Huberta Kostkę odwiedziliśmy w jego rodzinnych Markowicach – dzielnicy Raciborza. Ucieszył się na propozycję wywiadu. Przygotował na spotkanie indeksy oraz dyplomy ze studiów, które ciągle są w świetnym stanie. Akurat przeglądał na laptopie informacje sportowe. Wspomniał, że stara się być ciągle na bieżąco, nie tylko z piłką nożną. Ubolewał jednak, że zanika w naszym kraju tradycja prasy drukowanej. Tym bardziej ucieszył się, że Biuletyn Politechniki Śląskiej nadal ukazuje się w tej formie. Od razu zaczął przeglądać także album z okazji Jubileuszu 80-lecia naszej Uczelni, który otrzymał.
Pan Hubert w maju obchodził 85. urodziny. Ma świetną pamięć. Doskonale pamięta daty i nazwiska – także te dotyczące czasu studiów na naszej Uczelni. Wspominał kilku wykładowców, przedmioty oraz egzaminy. A tego co przeżył w trakcie kariery piłkarskiej i trenerskiej można tylko pozazdrościć.

Brawo bił nawet Goerge Best
W 1968 roku, w ćwierćfinale Pucharu Zdobywców Pucharów, Górnik Zabrze mierzył się z Manchesterem United. Pierwszy mecz, rozegrany na Old Trafford, zakończył się wynikiem 2:0 dla gospodarzy, ale Pan swoimi interwencjami zachwycił Anglików. The Times napisał wtedy wyjątkowy komentarz: „Oglądaliśmy pirotechniczne sztuczki Kostki, jednego z najlepszych bramkarzy, jakich Old Trafford oglądał od wielu, wielu lat. Po końcowym gwizdku największe brawa publiczności zarezerwowane zostały dla ostatniego polskiego gracza opuszczającego scenę. Był nim Kostka, który miał co najmniej sześć interwencji nie z tego świata!”. Podobno był Pan wtedy żegnany po meczu brawami.
To jeden z najwspanialszych momentów w moim życiu. Faktycznie, miałem wtedy bardzo dużo dobrych interwencji. Pamiętam także, że kibice angielscy przez cały mecz rzucali we mnie monetami. Dużo się tego nazbierało, dlatego zaraz po końcowym gwizdku sędziego zacząłem je zbierać. Gdy skończyłem, zauważyłem, że przeciwnicy czekają, aż zejdę z boiska, żeby nagrodzić mnie brawami. Wśród nich między innymi Bobby Charlton czy George Best… Niezwykła chwila.

Z matury na salony
Tą wspaniałą karierę rozpoczął Pan jednak zupełnie przypadkowo.
Można powiedzieć, że całe moje życie przeplatało się pomiędzy piłką nożną a nauką. Zmieniło się ono miesiąc przed maturą. Może było to jakieś przeznaczenie. W 1958 roku Unia Racibórz grała w drugiej lidze. Wielka sprawa. Jednak nagle stracili bramkarza. Do dzisiaj nikt nie wie, co się z nim stało. Po prostu zniknął. I klub dał ogłoszenie w prasie o naborze. Moi koledzy z liceum namawiali mnie, abym spróbował swoich sił. Nie byłem jednak przekonany, grałem tylko w B klasie w Markowicach. Gdzie ja do drugiej ligi? Ostatecznie jednak zaciągnęli mnie na boisko i wśród ponad dwudziestu kandydatów wypadłem na tyle dobrze, że zaproszono mnie do gry w meczu sparingowym z Odrą Opole.

Termin tego meczu był jednak mocno niefortunny…
Grali w najbliższą środę. Mówię im, że mam próbną maturę z matematyki. To mi odpowiedzieli, że mam się pospieszyć, oni po mnie podjadą autobusem. Tak się składa, że z nauką nigdy nie miałem problemów. Lubiłem się uczyć i z matematyką radziłem sobie bardzo dobrze. Napisałem tę próbną maturę w godzinę, choć mogłem pisać pięć. Nawet nie sprawdziłem, czy czasem jakiegoś prostego błędu nie popełniłem, bo kierowca za oknem już trąbił. Zagrałem w sparingu jedną połowę, obroniłem nawet rzut karny, a w niedzielę wystąpiłem już w drugiej lidze.

Hubert Kostka lubił się uczyć i radził sobie z nauką bez problemu

Nagle wszystko wywróciło się do góry nogami, a wcześniej nie zawsze było tak kolorowo.
W domu niestety się nie przelewało. Mój ojciec zginął już w 1943 roku. Mama sama musiała utrzymywać dom, a do wyżywienia łącznie z moim rodzeństwem i dziadkami było sześć osób. Proszę mi wierzyć, że ja przez cztery lata nauki w liceum chodziłem w tych samych spodniach, tylko dochodziły w nich kolejne łaty. Mama starała się, prała je, czyściła, żeby jakoś wyglądały. Natomiast sweter każdego roku pruła i robiła na drutach nowy. Gdy koledzy szli obejrzeć film do kina, to mogłem tylko o tym pomarzyć, bo nie miałem pieniędzy na bilet.
To były dla wielu trudne czasy. Ja swoje pierwsze mecze grałem bez rękawic, sznurówki z butów trzeba było prać, a na niektóre mecze jeździliśmy drabiniastym konnym wozem. Nogi wkładaliśmy między szczeble. Potem pojawił się traktor. No i to już było coś.
Otrzymywałem od mamy małe kieszonkowe. Przeznaczałem je zawsze na to, aby w każdy poniedziałek kupić gazetę „Sport”. Właśnie w ten dzień można było znaleźć wszystkie aktualne wyniki, tabele, rezultaty lekkoatletów, rekordy świata…
Dopiero, gdy zacząłem grać w Unii, to za pierwsze pieniądze kupiłem sobie ubranie.

Popłakałem się po pierwszym dniu
Ostatecznie jednak zdecydował się Pan po maturze rozpocząć studia na Politechnice Śląskiej.
Marzyłem wtedy, aby pójść na medycynę. Czasy były jednak takie, że górnictwo dawało większe perspektywy. Dlatego zdecydowałem się na Wydział Górniczy na Politechnice Śląskiej. Doradził mi to mój znakomity nauczyciel z matematyki, który powiedział, że jest to gałąź przemysłu. Było wielu kandydatów, dlatego musiałem najpierw zdać egzaminy wstępne. Zrobiłem to bez problemu.

W wywiadzie z Jerzym Chromikiem dla strony internetowej TVP Sport czytamy: „Przypadek. Szedłem na politechnikę, a nie widziałem kopalni. Okręg raciborski z górnictwem nie ma nic wspólnego. Dopiero od Rybnika zaczynają się kopalnie.”
Pierwszy raz do kopalni zjechałem po pierwszym roku studiów, gdy mieliśmy obowiązkowe miesięczne praktyki. Przez miesiąc pracowałem jako górnik w KWK Rydułtowy. Po pierwszym dniu się popłakałem, a mama razem ze mną. Ta praca, ten klimat… To była trauma. Przed studiami jedyne, co wiedziałem o górnictwie, to że węgiel jest czarny i pali się nim w piecu.

Trudno było na studiach?
Były bardzo trudne. Na każdym roku studiów mieliśmy po dziesięć egzaminów.
Najciężej oczywiście było przez pierwsze dwa lata, gdy bardzo dużo studentów „odpadało”. Trudny był na przykład egzamin z przedmiotu mineralogia i petrografia. Poradziłem sobie jednak bez problemu. Ja naprawdę lubiłem się uczyć. Każdego dnia musiałem przez dwie godziny poczytać książkę, bo inaczej by mi czegoś brakowało.

Wspominał Pan, gdy po raz pierwszy rozmawialiśmy telefonicznie, że pierwszy egzamin miał z matematyki.
Miałem zawsze szczęście do matematyków. Najpierw w szkole podstawowej, potem w liceum. Na studiach zajęcia miałem z prof. Kazimierzem Szałajką, który z kolei był uczniem słynnego profesora matematyki Stefana Banacha z Politechniki Lwowskiej. Nie był to oczywiście łatwy przedmiot, ale sam Pan widzi, jak mi poszło… (Pan Hubert wskazuje na wpisaną „piątkę” w indeksie – przyp. red.).

Pracę magisterską też Pan obronił ze stopniem bardzo dobrym. Było to 30 września 1964 roku. Zachował Pan nawet dyplom.
Nie jest ten dyplom tak okazały, jak w dzisiejszych czasach. Ale to ważna pamiątka. To był zresztą duży sukces w rodzinie. Musi Pan pamiętać, że w tamtych latach niewiele osób szło do liceum, a tym bardziej na studia. Wielu wybierało po prostu od razu pracę w wyuczonym zawodzie.

Trenował na takim dużym placu
Trudno było połączyć granie w piłkę nożną ze studiowaniem?
To było potwornie trudne. Zajęcia mieliśmy od rana do nocy. W trakcie studiów musiałem przeprowadzić się do Gliwic. Mieszkałem najpierw u kuzyna mojej mamy, a potem przez dwa lata w akademiku. Nie trenowałem w Unii Racibórz, a jeździłem tylko na mecze w weekendy, bo podróż w tamtych czasach kolejką wąskotorową trwała ponad dwie godziny. Nie byłem w stanie tego pogodzić, dlatego moje jedyne treningi, to była gra z kolegami ze studiów na takim dużym placu obok mojego wydziału. Z perspektywy dzisiejszych czasów jest to nie do pomyślenia.

To trwało trzy lata, a potem pojawił się w Pana życiu Górnik Zabrze.
Interesowały się już wcześniej mną niektóre polskie kluby. W 1960 roku zagraliśmy jednak z Górnikiem Zabrze w Pucharze Polski, wpadłem im w oko i otrzymałem propozycję przejścia do tego klubu. To była niesamowita sprawa. Gdzie ja, młody chłopak, do mistrza Polski, w którego składzie jest wielu reprezentantów kraju. To był szok, ale jak już powiedziałem kiedyś: „do Górnika poszedłbym boso”.

Jak się Pan tam odnalazł? Nie brakowało motywacji, by łączyć studia z profesjonalnym graniem w piłkę nożną?
W Górniku było wiele gwiazd, między innymi Stanisław Oślizło. Jak wszedłem do szatni, to nie wiedziałem, jak się ze wszystkimi przywitać. Trenerem był tam jednak Augustyn Dziwisz i on mi bardzo pomógł. Powiedział, że jak będę miał na Uczelni „okienko”, to mam przyjechać po prostu na trening, on zostanie dla mnie dłużej. Jemu imponowało, że byłem studentem. To nie była typowa sytuacja, tym bardziej, że jeśli dobrze pamiętam to w tamtych latach na poziomie pierwszej ligi był tylko jeszcze jeden zawodnik, który studiował. Dziwisz na mnie postawił, czułem, że mi ufa. Zacząłem bronić w wielkim Górniku i zdobywać mistrzostwa Polski.

A skąd w ogóle ten pseudonim „Farorz” („proboszcz” po śląsku). Nie ma o tym zbyt wielu informacji.
Już myślałem, że nikt mnie o to nie nigdy nie zapyta. W ostatnich latach zaczęły pojawiać się historie, że to dlatego, iż chciałem iść do seminarium. I choć jestem osobą religijną, byłem nawet niemal do ślubu ministrantem, to jest to dobry moment, by opowiedzieć, skąd faktycznie ten Farorz. W Unii Racibórz bronił oprócz mnie jeszcze jeden bramkarz, który wcześniej przez rok był w klasztorze franciszkanów w Raciborzu. Ostatecznie z tej ścieżki życiowej zrezygnował i wrócił do gry w piłkę nożną. Byliśmy bardzo podobni do siebie. Na jednym z meczów, w którym broniłem, był sprawozdawca ze „Sportu”. Gdy zapytał kibiców o bramkarza, to któryś z nich pomylił mnie z moim kolegą i na drugi dzień w gazecie pojawił się artykuł „Farorz w bramce Unii Racibórz”. I tak już zostało.

Złoty medal naszego rozmówcy z Igrzysk Olimpijskich w Monachium w 1972 roku

Cisza na stadionie
Ostatecznie zdobył Pan osiem tytułów mistrza Polski z Górnikiem Zabrze. Ten klub z tamtych lat jest pamiętany z doskonałych występów w europejskich pucharach. Zagraliście w finale Pucharu Zdobywców Pucharów z Manchesterem City. Co prawda przegranym, ale to do dziś jedyny finał europejskich rozgrywek z udziałem polskiego klubu. W półfinale pokonaliście AS Romę po legendarnym trójmeczu – za każdym razem był remis, a zadecydował ostatecznie sędziowski rzut monetą. Wszystko to brzmi niewyobrażalnie z dzisiejszej perspektywy. I wszyscy podkreślali, że od Romy byliście wtedy lepsi.
Byliśmy lepsi, ale ciągle czegoś brakowało, by ich pokonać. Jak poznaliśmy nazwisko sędziego na pierwszy mecz wyjazdowy, to przeraziliśmy się, bo był nim Bułgar. A jak wtedy trafiało się na arbitrów z Bloku Wschodniego, to zawsze były schody. Pierwszy mecz zremisowaliśmy 1:1, w drugim było najpierw ponownie 1:1, a po dogrywce 2:2. Straciliśmy gola w ostatniej minucie. Na Stadionie Śląskim było wtedy 90 tysięcy ludzi. I wie Pan co gdyby po tym golu ktoś rzucił igłę na murawę, to bym to usłyszał. Nie zapomnę tej chwili do końca życia. Coś niesamowitego. Wróciliśmy do szatni załamani, myśląc, że odpadliśmy, skoro pomimo remisu rywal zdobył więcej goli na wyjeździe. Nie znaliśmy dokładnie przepisów, bo była to rzadka sytuacja. Nagle ktoś wpada i mówi, że wynik z dogrywki już się nie liczy, a więc gramy trzeci mecz. Tam kolejny remis i ogromne świętowanie po tym słynnym rzucie monetą.

Wtedy w naszym kraju takie sukcesy były potrzebne.
Na nasze mecze w europejskich pucharach jeździła cała Polska. Jak Górnik grał te wielkie mecze, to można powiedzieć, że ulice Śląska były puste. Wszyscy tym żyli i nas oglądali.

Kawał świata
Wspominał Pan wielokrotnie, ze wiele zawdzięcza także pewnemu trenerowi z Węgier.
Géza Kalocsay. Był asystentem trenera legendarnej Złotej Jedenastki reprezentacji Węgier, która zdobyła wicemistrzostwo świata w Szwajcarii w 1954 roku. Jak już mówiłem, od zawsze interesowałem się sportem, więc zrobiło to na mnie wielkie wrażenie, że taka postać będzie nas trenować. Po pierwszym treningu robiliśmy wielkie oczy. Inny świat. Niesamowicie dużo nas nauczył. On sprawił, że dużo sparingów graliśmy na całym świecie. Tłumaczył, że to poszerza horyzonty, rozwija, można zaobserwować inną taktykę, inną grę.

Zwiedził Pan w końcu z klubem i reprezentacją kawał świata.
Swój pierwszy mecz w reprezentacji zagrałem w Maroku. Często podróżowaliśmy po Europie czy do Ameryki Południowej na tournée. Najczęściej rywalizowaliśmy jednak z angielskimi drużynami. Tamte stadiony, to wie Pan, jak one kiedyś wyglądały. Od razu za murawą trybuny. Były zadaszone, co w Polsce było nie do pomyślenia. Jak się wychodziło na murawę, to hałas był ogromny. Nie byliśmy w stanie ze sobą porozumieć się na boisku. Ja nie byłem wysokim bramkarzem,
Anglicy ponadto grali bardzo ostro i nie można się było z nimi patyczkować, zwłaszcza na początku meczu. Dopiero wtedy nabierali do piłkarza szacunku.

Kilka wyników z tamtych lat robi wrażenie.
Swój pierwszy mecz w europejskich pucharach rozegrałem z Tottenhamem Hotspur w 1961 roku na Stadionie Śląskim. Do przerwy prowadziliśmy 4:0. Niesamowita sprawa, ale wtedy były inne czasy i inne przepisy. Nie można było dokonywać zmian. Anglicy grali ostro, po przerwie dwóch naszych zawodników zeszło z boiska z kontuzją i graliśmy w dziewięciu. Ostatecznie wygraliśmy tylko 4:2.

Złoto z Kazimierzem Górskim
A jak to jest zdobyć złoty medal Igrzysk Olimpijskich?
To w ogóle był cud, że ja do Monachium w 1972 roku na igrzyska pojechałem. Nie wyszedł mi dwa lata wcześniej jeden mecz z NRD w reprezentacji i na chwilę z niej wypadłem. Myślałem, że już nigdy w niej nie zagram. Nagle tuż przed igrzyskami dzwoni do mnie Kazimierz Górski z powołaniem. Wróciłem, zagrałem mecz towarzyski i pojechałem do Monachium. Tam nikt na nas nie liczył. Musieliśmy grać przede wszystkim ze Związkiem Radzieckim, który był wtedy wicemistrzem Europy. I od początku meczu na nas szybko ruszyli, strzelili gola, powinni strzelić kolejne. Byliśmy załamani w przerwie i nikt nie wierzył, że odwrócimy losy spotkania. Ostatecznie jednak Kazimierz Górski dokonał świetnych zmian i zwyciężyliśmy. To był wielki dzień polskiej piłki.

Wtedy w Monachium doszło do ataku terrorystycznego, w którym zginęło 11 izraelskich sportowców i trenerów. Jak to wtedy przeżywaliście?
Mało brakowało, a przerwaliby igrzyska z tego powodu i tego złota nie wywalczylibyśmy. Wydarzyło się to tuż przed naszym meczem właśnie ze Związkiem Radzieckim, który był decydujący o awansie do finału. Tuż przed spotkaniem, choć oficjalnej informacji nie było, pojawiały się głosy, że zginęli ludzie w zamachu. Pomimo pogłosek o zakończeniu igrzysk, arbiter zdecydował się zagrać. I jedno szczęście. Potem jeszcze pokonaliśmy pewnie Maroko i w finale 2:1 Węgrów. Fantastyczne chwile.

Autokarem z kobietami
Kazimierz Górski był faktycznie tak wybitnym trenerem. Miał Pan możliwość być zarówno jego zawodnikiem, jak i asystentem.
Był wielkim człowiekiem. Potrafił rozmawiać z zawodnikami, zadbać o atmosferę. Z każdym potrafił się dogadać, ale jednocześnie miał posłuch u zawodników. Był naprawdę wyjątkowy i te sukcesy nie były przypadkiem.

To Pan jako trener bramkarzy przygotowywał Jana Tomaszewskiego do Mistrzostw Świata w 1974 roku, w których zdobyliśmy brązowy medal. Poprosił Pana o to Kazimierz Górski. To proszę mi wytłumaczyć, jak to się stało, że jako asystent trenera, na ten Mundial Pan nie pojechał. Niemożliwe w dzisiejszych czasach.
Co mam Panu powiedzieć, takie to były czasy. To było najpierw niezwykłe, że znów dzwoni do mnie Kazimierz Górski i prosi bym trenował bramkarzy. Nie mówił, co mam robić. Ufał mi, dał mi wolną rękę w prowadzeniu zajęć. Ale jednak do Niemiec na Mundial się „nie załapałem”. Pojechało z reprezentacją dwóch „podejrzanych typów” w strojach reprezentacyjnych, a ja zostałem w domu. Dojechałem później, po zaproszeniu na finał i nasz mecz o trzecie miejsce z reprezentacją Brazylii, na które jechały też żony oraz partnerki piłkarzy.

Na kolejny Mundial w Argentynie w 1978 roku już Pan pojechał.
Gdy Jacek Gmoch poprosił mnie, bym został jego asystentem, powiedziałem, że tylko pod warunkiem, że pojadę na mistrzostwa świata. Byłem już o cztery lata mądrzejszy. Wtedy się udało przeżyć tę atmosferę Mundialu, choć nie było sukcesu. Szanse były ogromne, ale to już inna historia…

Jako trener prowadził Pan zarówno Jerzego Brzęczka i Jana Urbana – byłego i obecnego selekcjonera reprezentacji Polski. Zapowiadali się na trenerów już jako zawodnicy?
O Janie Urbanie bym tego nie powiedział. To był świetny człowiek, sprowadziłem go jako zawodnika do Górnika, ale nie sądziłem, ze zrobi karierę jako trener. Natomiast o Jerzym Brzęczku od razy pomyślałem, że po zakończeniu kariery zostanie przy piłce. Miał niezwykły charakter. Zresztą, gdy miał 18 lat i trenowałem go w Olimpii Poznań, to mianowałem go kapitanem drużyny. Uważam, że zrobiono mu świństwo pozbawiając go funkcji selekcjonera reprezentacji przed Mistrzostwami Europy.
A za Jana Urbana trzymam mocno kciuki, choć przed nim trudne zadanie.

Z którego osiągnięcia w swoim życiu jest Pan najbardziej dumny?
Nigdy nie sądziłem, że zostanę mistrzem Polski. I to pierwsze wywalczone z Górnikiem wspominam z największym sentymentem. Przecież ja jako siedemnastolatek grałem w B klasie. Biegałem po boisku w Markowicach i o takich rzeczach nie marzyłem. Nie wierzyłem w siebie, po prostu lubiłem sport. Ostatecznie piłka nożna dała mi bardzo wiele.

Dziękuje za rozmowę.

tekst: Martin Huć
Zdjęcia: Martin Huć, Eugeniusz Warmiński/East News

Tekst pochodzi z Biuletynu 7/8 (379) 2025

 

© Politechnika Śląska

Polityka prywatności

Całkowitą odpowiedzialność za poprawność, aktualność i zgodność z przepisami prawa materiałów publikowanych za pośrednictwem serwisu internetowego Politechniki Śląskiej ponoszą ich autorzy - jednostki organizacyjne, w których materiały informacyjne wytworzono. Prowadzenie: Centrum Informatyczne Politechniki Śląskiej (www@polsl.pl)

Deklaracja dostępności

„E-Politechnika Śląska - utworzenie platformy elektronicznych usług publicznych Politechniki Śląskiej”

Fundusze Europejskie
Fundusze Europejskie
Fundusze Europejskie
Fundusze Europejskie